Wincenty Lutosławski, Posłannictwo narodu polskiego (część druga)

 

Polityczne posłannictwo Polski widział Lutosławski w unii narodów, społeczne – w unii społecznej klas, religijne – w unii religijnej wyznań.

 

Hasłem społecznym Polski – twierdzi Lutosławski – jest unia społeczna klas, która się wyrażała w ideale stopniowego uszlachcenia całego narodu. Walka polityczna i wojenna między plemionami, trwająca przez tysiąclecia, zyskała w 19-m wieku równoważnik społeczny w walce klas, która wybuchła ostatecznie w niesłychanie krwiożerczy sposób na dwóch krańcach Europy, w Rosji i Hiszpanii. Ale ta klasyfikacja, na którą powołują się stronnictwa radykalne, jest fałszywa.

 

Podział ludzi na kapitalistów i robotników nie odpowiada rzeczywistości, gdyż nieraz robotnicy posiadają jakieś oszczędności, stanowiące kapitał, a kapitaliści bywają zmuszani do pewnej pracy, aby zapewnić sobie zysk z kapitału (…). Więc zawzięta walka klas, wszczęta między kapitalistami a robotnikami za inicjatywą Marksa w 19-m wieku, jest oparta na fałszywej klasyfikacji, i sprowadza się do walki odwiecznej między uboższymi a bogatszymi (…). Mienie jest najzmienniejszą cechą, i na różnicach mienia nie należy opierać klasyfikacji społecznej (…). W miarę, jak ogólne mienie społeczeństwa wzrasta, różnice mienia indywidualne stają się mniej dotkliwe, bo coraz więcej osób osiąga pewną niezależność. Proces narastania zamożności społeczeństw cywilizowanych odbywa się stopniowo i powoli, i nie jest wcale prawdą, co twierdził Marks, że bogactwa muszą się skupiać w coraz to mniej licznych rękach. Nierówność mienia wzrasta, lecz zarazem wzrasta też ilość tych, co jakieś mienie posiadają. Więc walka między uboższymi a bogatszymi ma swój naturalny kres, gdy zamożność powszechna zapewni najuboższym dobre warunki bytu, jak to już w niektórych krajach się dzieje. Robotnik dziś ma znacznie większe potrzeby, niż kilkaset lat temu i coraz lepiej je zaspokaja (…). Te klasy, którym socjalizm zaleca walkę, nie są prawdziwymi klasami. Robotnicy i kapitaliści stanowią jedną klasę pracowników przemysłu, i mają wspólny interes wytwórczości.

 

O ile wytwórczość rośnie, zarówno zyski kapitalistów, jak zarobki robotników się wzmagają. Wzniecenie walki między kapitalistami a robotnikami niszczy przemysł i za jednym zamachem pozbawia kapitalistów zysku, a robotników zarobku. Przy tym socjalizm uznaje tylko dwa czynniki produkcji: kapitał i pracę, gdy w każdej produkcji tkwią jeszcze dwa inne decydujące czynniki, bez których ani kapitał nie miałby zysku, ani praca zarobków, mianowicie zdolność organizacyjna i wynalazczość. Bez tych duchowych czynników wytwórczość jest niemożliwa. Sama praca bez umiejętnego kierunku i bez narzędzi nic nie wytworzy.

 

Więc pretensje socjalistów, żeby pracy samej zapewnić cały owoc wytwórczości, jest niesprawiedliwa i niedorzeczna, gdyż praca bez kapitału, organizacji i wynalazczości mało co wytworzy. Ale nakaz walki klas łatwo staje się przedmiotem ślepej wiary, bo wiele obiecuje, choć obietnic dotrzymać nie  może. Drugi naczelny dogmat socjalizmu, mianowicie upaństwowienie produkcji jest także fałszywy, bo nie uwzględnia nieuchronnych nadużyć, jakie wszelki wzrost władzy państwowej za sobą pociąga.

 

Państwo może służyć skutecznie tylko dla celów niezbędnych, jak obrona niepodległości i wymiar sprawiedliwości. Ale państwo bywa złym gospodarzem i przeważnie nieudolnym nauczycielem. Więc powierzenie produkcji państwu skupia nadmierne środki w rękach nieodpowiedzialnych, które tych środków nie użyją dla dobra powszechnego (s. 133-138).

 

Polskim posłannictwem – podkreśla filozof – jest unia klas, współpracownictwo kapitału z pracą, organizacją i wynalazczością, dla wspólnej korzyści wszystkich czynników, To może być wykazanym na przykładzie wzorowych przedsiębiorstw, w których zarobki robotników będą wzrastać równolegle z zyskami właścicieli i ze sprawiedliwym wynagrodzeniem dla organizatorów i wynalazców. Ale to jest możliwe jedynie przy najdalej idącym ograniczeniu interwencji państwa w przemyśle. Zadaniem państwa jest przestrzeganie sprawiedliwości i zapobieganie krzywdzie. Więc państwowe władze mogą do produkcji przemysłowej wkraczać, gdy kapitalista krzywdzi robotników lub, gdy robotnicy krzywdzą kapitalistę, co także się zdarza. Lecz zarówno robotnicy, jak kapitaliści powinni mieć swobodę umowy o pracę takiej, jaka dla obu stron będzie dogodna. Robotnicy powinni mieć prawo do łączenia się w związki, i te związki robotników mogą się układać z kapitalistami o najkorzystniejsze dla siebie warunki, jakie są możliwe, bez rujnowania przemysłu. Związki te, opierając się na prawie, lepiej zabezpieczą pomoc lekarską i higienę mieszkań dla robotników, niż mogą to uczynić ubezpieczalnie państwowe.

 

            Ale głównym warunkiem poprawy bytu robotników będzie – postuluje Lutosławski w imię ideałów chrześcijaństwa – wewnętrzna przemiana, zarówno u robotników, jak i właścicieli fabryk, akcjonariuszy i dyrektorów. Chodzi o to, żeby nie zysk lub zarobek był głównym celem, lecz doskonałość życia, umożliwienie wszystkim duchowego rozwoju. Więc gorączka współzawodnictwa, łaknąca coraz to większych zysków i zarobków, powinna być zastąpiona przez ideał życia w warunkach umożliwiających rosnące zainteresowania umysłowe i artystyczne. Pomysłowość zarówno robotników, jak i dyrektorów, oraz właścicieli, powinna być wytężona w kierunku doskonałości urządzeń, co się nie da pogodzić z potwornymi rozmiarami warsztatów produkcji, do których wiedzie zachłanna chciwość przedsiębiorców  (s. 138-139).

Czytaj dalej „Wincenty Lutosławski, Posłannictwo narodu polskiego (część druga)”

Reklamy

Wincenty Lutosławski, Posłannictwo narodu polskiego (część pierwsza)

 

Książka Posłannictwo polskiego narodu Wincentego Lutosławskiego (1863-1954) to dzieło wydane w 1939 r. przez Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, będące niejako zwieńczeniem długiego żywota dzisiaj nie istniejącego w powszechnej świadomości filozofa-mesjanisty oraz propagatora etycznego ruchu odrodzenia narodowego. Książka ta, pisana przez lat bez mała trzydzieści, a wyrażająca przeszło sześćdziesiąt lat rozważań i fascynacji Lutosławskiego, może wydawać się dzisiejszemu czytelnikowi przedziwną, jak zresztą i poglądy oraz sama postać profesora. Lutosławski był chyba jednym z ostatnich polskich humanistów, poliglotów i erudytów. Znał doskonale kilka języków, publikował po polsku, angielsku, francusku i niemiecku, wykładał na wielu uniwersytetach (m.in. w Kazaniu, Genewie, Londynie, Paryżu, Wilnie i  Krakowie), przejeździł z wykładami i odczytami całą Polskę i pół świata (m.in. USA), mieszkał w kilku krajach (m.in. w Hiszpanii, ze swoją pierwszą żoną pisarką Z. Pérez Eguía y Casanova, Szwajcarii, Francji i Anglii), swego czasu był najbardziej znanym polskim filozofem za granicą (zwłaszcza w krajach anglosaskich). Także zakres jego zainteresowań był olbrzymi. W dziedzinie filozofii zajmował się badaniami nad dziełami Platona (ustalił, do dziś nie podważoną, chronologię jego dialogów) oraz podjął i rozwijał poglądy polskich mesjanistów romantycznych, traktując je jako trwały element filozofii narodowej (szczególnie akcentował wychowawczy aspekt myśli i literatury romantycznej). Jego uwaga była skupiona przede wszystkim na „świecie  ducha” i polskości, ale spoglądał na kwestie szeroko, nie uciekając od rozważań historycznych, politycznych, ekonomicznych, pedagogicznych, itp. Był też niejako zwolennikiem poglądu, iż w zdrowym ciele, zdrowy duch, bowiem odkrył, jako jeden z pierwszych w Polsce, hinduską jogę (poświecił temu zagadnieniu książkę Rozwój potęgi woli). Nade wszystko Lutosławski był człowiekiem niezwykłym – cechowało go myślenie religijne, ale nie można go zamknąć w ciasne ramy polskiego katolicyzmu, uważał naród za najwyższą formę istnienia, poświęcając się idei polskości, ale nie mieści się w ogóle w kategorii typowego nacjonalisty, twardo bronił własności prywatnej i zwalczał komunizm, ale daleko mu od bezkrytycznego chwalcy kapitalizmu. Niezwykłe jest także to, iż swoje zasady filozoficzne i poglądy wcielał stanowczo w życie. Był człowiekiem czynu – nie tylko wygłaszał odczyty i wykłady, ale zakładał towarzystwa wychowawcze, skupiające się w tzw. kuźnicach, działających w Polsce, Anglii, Francji, Szwajcarii, a w swoich książkach zawsze podawał aktualny adres, prosząc czytelników o dzielenie się wątpliwościami, trudnościami i opiniami oraz obiecując odpowiedzi na listy. Zachęcał także do szerokiego rozpowszechniania swoich myśli, zezwalając nawet na  plagiaty, nie dbał bowiem o prawa autorskie, uważając, że bardziej, niż jego osobista zasługa w wyrażaniu prawd, liczy się ich największe rozpowszechnienie.

 

Współczesnego czytelnika Posłannictwa polskiego narodu Wincentego Lutosławskiego przede wszystkim powinna uderzyć jego idea łączenia i współdziałania, która wyraża się już w jego rozumieniu naczelnej dla niego kategorii – narodu. Naród definiował jako wspólnotę duchową jednostek podobnych do siebie i świadomych tego podobieństwa, zjednoczonych w dążeniu do spełnienia kulturowego i społecznego powołania: Tutaj ani pochodzenie, ani nawet język nie mają decydującego znaczenia. Narodem jest grupa ludzi, mających wspólne polityczne i kulturalne cele, czyli powołanie do spełnienia. W jednym narodzie łączą się różne plemiona, a nawet odrębne rasy. Do polskiego narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie, Żydzi, jeśli żyją dla wspólnego ideału Polski, i pragną przyjąć udział w spełnieniu jej powołania. Jedność narodowa jest związkiem duchowym, łączącym ludzi niezależnie od pochodzenia, dla świadomej służby całej ludzkości.

 

            Życie narodowe przełamuje różnice rasowe i plemienne. Murzyn albo czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeśli przejmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu, zawarte w jego literaturze, sztuce, polityce, obyczajach, i, jeśli ma niezłomną wolę przyczyniania się do rozwoju bytu narodowego Polski. Byt ten zyskuje na rozmaitości plemiennych pierwiastków, które się w jedności narodowej łączą.

 

            Przynależność do plemienia, ludu, rasy, od naszej świadomej woli nie zależy. Decyduje o tym urodzenie, wola naszych rodziców, pożądających połączenia często bez myśli o potomstwie. Jesteśmy pod względem plemiennym lub rasowym takimi, jakimi nas uczyniły okoliczności zewnętrzne – naprzód urodzenie, potem otoczenie.

           

Natomiast do istniejącego narodu jako do zespołu duchowego może przystać człowiek każdej rasy, poświęcając aktem wolnej woli swe życie celom świadomie obranego środowiska. To się nazywa świadomością narodową, i zwykle budzi się w duszy w pewnym wieku (s. 23-24).

 

Lutosławski uważał, iż celem działalności poszczególnych narodów jest realizacja idei wolności, podkreślając przy tym, że cywilizacja zachodnia wypracowała kilka zasad regulujących działania podejmowane w jej imię:

  1. Każdy naród ma prawo do wybrania swego rządu.
  2. Żaden naród nie ma prawa do rządzenia innymi narodami wbrew ich woli.
  3. Każda jednostka ma prawa, które powinny być uszanowane przez państwo (s. 1).

 

Dla filozofa powołanie narodu polskiego wiąże się z najważniejszym pewnikiem polskiego poglądu na świat, którym jest – jak to określił w swojej autobiografii zatytułowanej Jeden łatwy żywotwewnętrzna pewność istnienia Boga i jego ustawicznego działania na nas. Ta motywacja wypływająca ze „świata ducha” wpłynęła na dookreślenie posłannictwa narodu polskiego w różnych dziedzinach jego bytu, które można właściwie zawrzeć w jednym zdaniu: polityczne posłannictwo Polski widział Lutosławski w unii narodów, społeczne – w unii społecznej klas, religijne – w unii religijnej wyznań.

  Czytaj dalej „Wincenty Lutosławski, Posłannictwo narodu polskiego (część pierwsza)”