Feliks Koneczny, Polskie Logos a Ethos (część piąta)

Czy Polska potrzebną jest i pożyteczną dla Europy? – zadaje pytanie Feliks Koneczny, przywołując opinię, mówiącą, iż Rozwój historyczny zmierza do tworzenia jak najrozleglejszych tworów politycznych, a więc… wynikałoby z tego, że postęp polega na tym, ażeby jak najwięcej państw i narodów traciło niepodległość? (…) Walka o byt rozstrzyga najlepiej o postępie, bo słabsi giną, a zatem żywi składają się z coraz silniejszych. Dla słabszych nie ma innego celu, jak posłużyć za „guano”. Wolno przecież każdemu ćwiczyć się, żeby być jak najsilniejszym; kto tego zaniedbał, sam sobie winien. Trudno – najwyższym interesem ludzkości jest usuwanie z drogi niedołęgów.

Teorii tej nie można odmówić logiczności; mylność jej polega na tym, że jest jednostronną. Jednostronność pojmuje na „siłę”, bo tylko materialnie, podczas gdy istnieją nadto siły moralne, o których można twierdzić,  że one właśnie są siłami właściwymi, najsilniejszymi. Gdyby się sprawdziło przypuszczenie, że siła polityczna bez moralnej kruchą jest, że sama siła fizyczna trwałych wyników nie daje, jeżeli nie opiera się o moralną, natenczas cała teoria o wartości walki o byt, jako regulatorze najwyższym w historii, byłaby pozbawioną wartości, a sama walka o byt okazałaby się tylko środkiem do celu, jako szczebel niższy, po którym wspinać się trzeba na wyższe. Regulatorem najwyższy byłaby jakaś siła moralna; dążenia do bliższego określenia tej siły stanowiłyby najwyższy cel nauk prawniczo-historycznych.

Wymagać będzie zarazem poprawki pogląd na kwestie ilości państw i narodów. Rozwój historyczny wymaga tworzenia jak najrozleglejszych tworów politycznych w tym znaczeniu, ażeby powstawały jak najrozleglejsze twory, oparte na wspólnej sile moralnej, a więc dobrowolnie się zrzeszające. Twory oparte na przymusie tamują tedy rozwój historyczny, działają wstecznie. Postęp Europy wymaga, ażeby jak największe jej przestrzenie zrzeszały się, ale pod warunkiem, żeby nigdzie nie działał przymus. Zrzeszanie musi być obmyślone w taki sposób, iżby nikt z zrzeszonych nie tracił niepodległości.

Pożytecznymi są dla Europy narody i państwa w miarę tego, o ile mogą się przyczynić do wzmożenia jej sił moralnych, ażeby fizyczne nie szły na marne. Polska zdała już raz egzamin z tego, że umie wytwarzać duże obszary polityczne, zrzeszane dobrą wolą uczestników-spólników, a mianowicie w systemacie unii. Ale skoro dziś nie ma nigdzie owej „drugiej strony”, pragnącej unię zawierać, a zatem byłoby to doktrynerstwem, żeby powoływać się wciąż na unię, jakby na jakiś syngelton polskich sił moralnych. A gdy unii nie ma, więc cóż? Czyż nie ma przez to samo w polskości niczego realnego? Dajmyż więc nareszcie spokój temu ciągłemu obnoszeniu się z unią, jakbyśmy niczego innego nie mieli do pokazania. Niepotrzebnie profanujemy świętości narodowe (t. II, s. 48-49).

Koneczny najsampierw analizuje nasz stosunek do Europy. Przyznając, że jesteśmy „młodsi cywilizacyjnie” (później od innych przystaliśmy do cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej), podkreśla, iż ta młodszości nie można utożsamiać z niższością: Doświadczenie dziejowe stwierdza ponad wszelką wątpliwość, tysiącami faktów, jako pochód historyczny odbywa się w rozmaitych krajach, w różnych czasach, z rozmaitą szybkością. Znamy w historii każdego społeczeństwa zjawiska powolniejsze i szybsze. Możemy przeto mówić o chyżości historycznej, podobnież jak mówi się o fizycznej (…). Pewien stopień chyżości nie stanowi stałej właściwości pewnego społeczeństwa (…). Zmiany chyżości bywają rozmaite, różniąc się zasadniczo; bywają przyśpieszające i opóźniające rozwój w stosunku do chyżości poprzedniej. Istnieje chyżość wsteczna, i to nieraz bardzo rącza. Jest chyżość historyczna dodatnia i ujemna.

            Nic mylniejszego nad rozpowszechnione mniemanie, jakoby postęp był kategorią czysto chronologiczną. Wydaje się to ludziom o broszurkowym wykształceniu całkiem „naturalnym”, że dziś stosunki są lepsze, aniżeli niegdyś, i uważają to za coś, co się rozumie samo przez się, że w przyszłości stosunki muszą być jeszcze lepsze. Ten przesąd chronologiczny stanowi jaskrawy przykład, jak to przyjmują się ogólniki bez krytycznego zastanowienia, wbrew nawet elementarnym zasadom logiki. Dzięki przekonaniu, jakoby postęp musiał się dokonywać nieustannie w miarę, jak przybywa ludzkości rachuby czasu, powstały dziwnie błędne zapatrywania na przeszłość i przyszłość, a błędne skutkiem właśnie naiwnej prostoty rozumowania. Powiedziano sobie, że im coś bliższe naszych czasów, tym lepsze, a im odleglejsze w przeszłości, tym gorsze, jako przez krótszy czas korzystające z postępu. Na przeszłość poczęto patrzeć zasadniczo jako na przestarzałość, identyfikując mylnie jedno z drugim. Z tego powstało np. „powszechnie wiadome” bałamuctwo o ciemnocie ogólnej wieków średnich; to zbyt odległa przeszłość, iżby nie miała być ciemną w porównaniu z nami. Według tego mechanicznego wyobrażenia o pochodzie dziejowym można by rozwój społeczeństwa mierzyć ilością pokoleń, a tymczasem cóż zawodniejszego! Tylko caeteris paribus rozstrzyga długość czasu.

            Postęp może być w każdym pokoleniu, lecz w żadnym być nie musi. Każdej chwili może nastać zastój. Każde pokolenie musi pracować i być czujnym, bo wystarczy kilkanaście lat zaniedbania kulturalnego, społecznego i państwowego, a pochód może się odbywać nagle przy pomocy chyżości wstecznej.

            Nic błędniejszego, a zarazem szkodliwszego dla życia publicznego, nad to mniemanie rozpowszechnione, jakoby postęp społeczny, kulturalny i państwowy był tym większy, im bliżej naszych czasów, a natomiast im głębiej w przeszłość, tym grubsze zacofanie. Popularne zdanie o młodym i starym wieku społeczeństw i narodów, o ich dzieciństwie, młodości, wieku dojrzałym i starości, jest nonsensem. Niektóre społeczeństwa, choć stare, nie zdążyły nigdy wyjść ze stanu prymitywności; cieszą się tedy według owej teorii młodością wiecznotrwałą. Są społeczeństwa, które gniją, chociaż nie dorosły do miernego jeszcze rozwoju; może to tedy przyśpieszona dojrzałość? Niektóre społeczeństwa kwitnęły krótko i zapadły w niehistoryczność ponowną, z której mogą jednak wyrwać się znowu do nowego życia; gdzież je pomieścić w takiej klasyfikacji fizjologiczno-historycznej?

            Żadne społeczeństwo nie rozwija się na podobieństwo ciała ludzkiego, czy zwierzęcego; nie miewa młodości, dzięki temu nie musi też być skazanym na upadek sił, tym mniej na śmierć. Jeżeli społeczeństwa upadają i nawet giną, dzieje się to z innych zgoła przyczyn, a nie z powodu ich długowieczności. Rzymianie mogliby istnieć dotychczas, gdyby chodziło tylko o ich wiek dziejowy, który by i tak krótszy był od chińskiego.

            Mylnym i naiwnym jest przedstawienie sobie gdziekolwiek pochodu dziejowego, jako linii z konieczności ciągłej (chociaż nie prostej) w pewnym kierunku. Linia ta bywa w rzeczywistości nie tylko przerywana, ale może ona nawet zmieniać kierunek. Załamania kierunku zdarzają się niemal u każdego społeczeństwa. Historia np. Rosji składa się z nieustannych zmian kierunku, nawet radykalnych. Niewiele jest społeczeństw, odznaczających się wyraźną ciągłością swych dziejów, nie tylko przyczynową, ale też celową. Z europejskich najwybitniejsze są pod tym względem dzieje Anglii i Polski, wybitnie ewolucyjne (…).

            Postęp dokonywa się nie tyle przez wymyślanie rzeczy nowych, ile przez coraz lepsze zastosowanie starych. Biada społeczeństwu, które goni za „nowinkami”, nie wyzyskawszy jeszcze należycie postępowo starych swych zasobów. Wszelka przerwa w rozwoju wytwarza niebezpieczną wyrwę, w którą można się stoczyć. Tyczy się to nie tylko ogólnych zasad, ale także szczegółów. Każdy pierwiastek ustroju, każdy moment kulturalny musi być wyzyskany wszechstronnie i w zupełności; inaczej następuje w pewnym miejscu mechanizmu życia zbiorowego przerwa, wyrwa lokalna. Coś gdzieś zepsuje się, a gdy takich usterek nazbiera się więcej, mechanizm cały przestanie działać sprawnie. Dlatego w życiu zbiorowym nie ma „drobnostek”.

            Niekoniecznie pożądaną jest jak największa chyżość historyczna. Pożądana jest taka, jaką dane społeczeństwo może znieść, a to zależy od czasu, miejsca i okoliczności (…). Bywają chyżości gorączkowe, wiodące do zguby.

            Jeszcze mylniejszym byłoby uważanie za postęp wszelkiej zmiany, gdy tymczasem można by równym prawem upatrywać w każdej zmianie cofnięcie się. Zmiana radykalna, podjęta choćby z największą wiarą i ofiarnością w imię postępu, może być właśnie radykalnym wstecznictwem.

            O tym, co jest krokiem naprzód, a co wstecz, nie rozstrzyga żadna a żadna „zasada” społeczna ni polityczna, ale wyłącznie skutki zastosowania danej zmiany w praktyce. Toteż polityka i wszelka w ogóle działalność publiczna polega nie na talencie snucia projektów, talencie nader pospolitym, lecz na niełatwej sztuce przewidywania skutków. Nie nabędzie tego przymiotu, kto nie jest dokładnie obeznany z rzeczywistością, a to wymaga znacznej biegłości i w teoriach i w praktyce (…).

Powołując się na powyższe wywody, można zaprzeczyć z całą stanowczością, jakoby stopień cywilizacji miał być zawisłym od chronologii. Chronologiczna młodszość tłumaczy początkową tylko niższość cywilizacyjną, ale potem nie stanowi o niczym. Społeczeństwo starsze cywilizacyjnie może popadać w zastoje, może posiadać chyżość historyczną nieznaczną, gdy tymczasem młodsze może posiadać chyżość znaczniejszą, doganiać i nawet przeganiać (t. II, s. 51-57).

Skoro najwyższy regulator zawikłań dziejowych tkwi w świecie ducha, w świecie moralnym, a zatem – stwierdza Koneczny – stosunek nasz do Europy rozważać najstosowniej i oceniać według stosunku myśli polskiej do tego, co w Europie uchodziło za kwintesencję dobra powszechnego. Jako że Europa opierała swe pojęcia dobra powszechnego na postulatach ogólnych cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej, stwierdzenie to prowadzi historiozofa do określenia stosunku Polski do twórczości politycznej klasyczno-chrześcijańskiej, do ustroju społecznego, państwowego i do kultury umysłowej w obrębie tejże cywilizacji (t. II, s. 58).

Zdaniem Konecznego Polska garnęła się do cywilizacji zachodniej, czerpie stamtąd pojęcia o życiu i ustroju cywilizacyjnym, kształci się na nich – i przeciwi się im jednocześnie, bo feudalizmu nie przyjmuje [rozwija się na podstawie rodzimego ustroju rodowego, stanowiącego przeciwieństwo feudalizmu jak najjaskrawsze], a teorię imperializmu cesarza „rzymskiego” odrzuca [nie uznaje zwierzchności „świętego rzymskiego cesarstwa”, a więc jedynej znanej formy powszechności chrześcijańskiej]. Wyrasta więc Polska na tej cywilizacji, lecz zachowuje się względem niej tak, że każdy mógł orzec, jako Polska znajduje się poza jej obrębem że nie należy do „familii chrześcijańskiej” w znaczeniu polityczno-społecznym (…).

W rozterce poglądów na świat uczyniła się myśl polska najbardziej krytyczną z całej Europy, aż doszła do tego, iż przystąpiła do krytyki samychże założeń europejskiej teorii społeczno-państwowej i wytworzyła w końcu swoje własne, polskie pojęcie dobra powszechnego, jako drugą z kolei teorię w zakresie de civitate Dei. Obejmuje ona samorząd, wolność obywatelską, unię.

            Zanim do tego doszło, przecierpiano wiele; a potem? Potem bywało jeszcze gorzej, bo musiała nastąpić walka dwóch poglądów na ustrój państw i społeczeństw; walka młodszej cywilizacyjnie i słabszej materialnie Polski z Zachodem, walka zaiste rozpaczliwa, nie rokująca zrazu powodzenia. Toteż czasem wyrzekano się tej walki (t. II, s. 64-65).

Przykładem walki dwóch idei, w której nie miecz rozstrzygał, miecz był tylko środkiem pomocniczym do ostatniego ciosu, był dla Konecznego konflikt Polski z Zakonem Krzyżackim: Podczas gdy inne narody słowiańskie poprzestały na asymilowaniu się z kulturą zachodnią lub bizantyńską, pomnażając chrześcijaństwo i cywilizację tylko kwantytatywnie, jedna Polska pomnażała je kwalitatywnie. W niej jeden był duch inny, niż w Paryżu lub w Kolonii, było coś swoistego. Pod Grunwaldem starły się pojęcia zachodnio-europejskie, feudalistyczno-imperialistyczne z pojęciami polskimi, które były zarazem jedynymi oryginalnymi Słowian, tak że Polska była w r. 1410 pod względem duchowym istotnie całą Słowiańszczyzną.

            Madejowym łożem była dla Polski szkoła cywilizacji zachodniej, przez którą przejść musiała. Sprawa polska stawała po wielokroć w poprzek europejskim zapatrywaniom na prawo narodów. Spotkano się z czymś nowym, niepojętym wprost dla zachodniej Europy. Sprawa nasza nie dawała się wciągnąć do teorii imperialistycznej. Stosunki faktyczne były tego rodzaju, iż teoria ta, stosowana dla spraw polskich, stawała się absurdem, spaczeniem, ohydnym nieraz wykoślawieniem tkwiącej w niej pierwotnie myśli i mającej jej przyświecać zasady chrześcijańskiej (…).

Przyjmując z Zachodu cywilizację, czerpaliśmy też stamtąd wiedzę i jej kwiat: teorie naukowe. Teorie te były jednak dla nas zabójcze. Znać też w dziejach rozwoju naszego istne męki ducha polskiego, rwącego się do światła. Na tych torturach moralnych, wśród walki pomiędzy miłością światła i prawdy, a miłością narodu, mógł się złamać duch narodu i wejść pomiędzy narody europejskie jako coś połowicznego, nijakiego i okaleczonego duchowo, niedomagającego wiecznie, a pod względem kulturalnym rzeczywiście niższego.

            Tylko wynalezienie nowej formy dla cywilizacji zachodniej, tylko jakaś polska a pozytywna teoria mogła wykształcić nas na naród w całym znaczeniu tego wyrazu, pogodzić z samymi sobą i uczynić zdatnymi do twórczej pracy cywilizacyjnej, do prawdziwych czynów dziejowych (…).

Gdy dwie armie zmierzały pod Grunwald sympatie Europy były nie po naszej stronie. W armii krzyżackiej dopatrywano się obrońców Krzyża i chrześcijańskiego ładu w Europie (…). Opinia europejska była po stronie krzyżackiej jako „źrenicy w oku chrześcijaństwa”.

            Opinię tę trzeba było przerobić, bo dopóki wierzono Krzyżakom, nie mogło im zabraknąć środków materialnych do gnębienia Polski, tylekroć od nich słabszej; gdyby im jednak Europa przestała dostarczać środków, stosunek sił zmieniłby się szybko.

            Uderzono w samą zasadę, na której opierały się uroszczenia Zakonu, mianowicie w teorię cesarstwa i w teorię o prawnej niższości pogan (…).

Papież wezwał obie strony walczące przed forum soborowe. Jasną bowiem było rzeczą, że bitwa grunwaldzka nie kończy wojny (…). Wiedzieli Polacy , że w Konstancji na soborze dużo znaczy i wiele może cesarz Zygmunt Luksemburczyk, największy wróg Polski; wiedzieli, że na soborze mnóstwo biskupów, prałatów i uczonych sympatyzuje z Zakonem; wiedząc to, pojechali. Przechodzili tam nieraz chwile nadzwyczaj przykre, sytuacje najcięższe; zostali jednakże, wytrwali całe trzy lata i dzięki temu na koniec wygrali sprawę.

            Wieźli z sobą broń nowo wynalezioną, która wprawiła w zdumienie, a raczej w osłupienie, częściowo w oburzenie, ojców soborowych i zgromadzony w Konstancji kwiat inteligencji europejskiej, zwłaszcza prawników. Prawo polskie występowało po raz pierwszy wobec forum europejskiego (…).

Delegaci polscy wieźli ze sobą uczony traktat scholastyczny: De potestate papae et imperatoris respectu infidelium. Autorem był Paweł Włodkowic z Brudzewa, doktor dekretów, rektor uniwersytetu krakowskiego, kanoniki i kustosz katedralny krakowski, geniusz, godzien, by go stawiać, jako odkrywce, obok Kopernika, byśmy go czcili i szczycili się nim na równi z tamtym.

Dokonał on dwóch odkryć:

  • że względem pogan obowiązują te same prawa, jak względem chrześcijan;
  • że nie wolno narzucać wiary przemocą.

Z tych dwóch tez wynikała już konsekwentnie ruina teorii cesarstwa i związanej z nią racji bytu Zakonu.

Twierdzenia Brudzewskiego, tak proste dziś dla nas, a spotykane i w poprzednich epokach, były na owe czasy rewolucyjnymi. Rozbijały one pośrednio formę ustroju europejskiego, co tez miało się jawnie okazać niebawem (…).

Brudzewski zadał Krzyżakom klęskę cięższą niż Witold i Zyndram z Maszkowic. Ludzie dobrej woli poczęli odtąd opuszczać sprawę Zakonu i odtąd mógł on się trzymać już tylko siłami tych, którym wzajemnie był „szpitalem”. Zaczęły wysychać źródła, z których płynęły opieka i wsparcia całej zachodniej Europy. Zachód był odtąd neutralnym w dalszych wojnach krzyżacko-polskich.

Paweł Brudzewski podciął rację istnienia Zakonu względem Litwy, podawszy w wątpliwość wojenne nawracanie; obracał też wniwecz cesarskie nadania na Litwie, przecząc, jakoby ziemia pogańska, jako niczyja, mogła stanowić przedmiot darowizny. Ale to wszystko była dopiero teoria, a przy tym pozostawały jeszcze nadużycia Zakonu względem Polski, o których również gęsto była mowa na soborze, ale słowa miały służyć tylko dla usprawiedliwienia czynów, które tym bardziej musiały teraz nastąpić.

            Do pokonania Krzyżaków trzeba było czegoś więcej, niż życzliwej neutralności dalekich widzów; trzeba było sojuszów z ościennymi. Położenie było pod tym względem fatalne; wszak w Czechach i na Węgrzech panował Zygmunt Luksemburczyk. Węgierska wyprawa na Kraków wpłynęła na przyśpieszony odwrót z Prus po zwycięstwach grunwaldzkim i koronowskim.

Zabrano się do propagandy na wielką skalę, do agitacji energicznej, a według ówczesnych pojęć zachodnich wielce rewolucyjnej. Niebawem wypowiedzieli Czesi posłuszeństwo Luksemburczykowi, a w kwietniu 1420 przybyło do Krakowa pierwsze poselstwo czeskie, ofiarujące koronę Jagielle. Podobnych poselstw miało być więcej.

Ruch narodowy w Czechach wyzyskano do wspólnej wojny „z całą nacią niemiecką”, jak się wyrażano, rozumiejąc przez to wojnę z systemem cesarstwa niemieckiego. Nic to, że oni husyci! Skutkiem tego nie można było przyjąć ofiarowanej przez nich korony, ale posiłki wojenne przeciw wspólnemu wrogowi przyjmowano, i czeskie „Sierotki” zapędziły się aż na Litwę w służbie polskiej (…).

Pomagali nam Czesi wbrew królowi swemu Zygmuntowi Luksemburczykowi. Korzystaliśmy z pomocy ‘buntowników”! Nie koniec na tym. Z całą świadomością buntowaliśmy poddanych przeciwko ich rządom. Można wskazać ze źródeł po imieniu wysłanników (agitatorów), buntujących Węgrów przeciw Zygmuntowi, a stany pruskie przeciw Zakonowi. Otrzymali tu i tam zapewnienia, że stany będą przeszkadzały z całych sił wypowiedzeniu wojny Polsce.

Ale posunięto się jeszcze dalej. Kiedy w r. 1433 układano się o pokój, podano z polskiej strony dwa warunki, iście rewolucyjne na owe czasy. Ani papieska, ani cesarska władza nie mają odtąd mieć znaczenia w sprawach między polską a Zakonem; natomiast pokój ma być poręczony przez stany państw obydwóch.

Było to oddawaniem rządu pod kontrolę obywateli, żeby Krzyżacy przyznali swym poddanym wpływ na sprawy wojny i pokoju, żeby bez ich zgody nie można już było wypowiedzieć wojny.

Warunek ten, podany ze strony polskiej całkiem poważnie, wywołał oburzenie w zachodniej Europie, gdzie z prawa feudalnego wyrobiło się konsekwentnie prawo dynastyczne i dynastyczne poczucie, obce całkiem Polakom. W nowej teorii państwowej dopatrywano się porzucenia cywilizacji, wywrócenia wszelkiego ładu. Jako żywo nie słyszano o prawach ludów, znało się tylko prawa królów! (…).

Tak się zaczął nowy okres pojmowania stosunku obywateli do władcy państwa; tak wyrabiały się nowe pojęcia prawa publicznego na tle stosunku polski do Europy. Sprawa przechodziła szybko z uczonych traktatów do praktyki.

Ówczesna Polska sprawiała Europie raz wraz niespodzianki. Dnia 15 października 1432 przeprowadził biskup Oleśnicki, sternik nawy państwowej polskiej, równouprawnienie schizmatyków. Prosta konsekwencja tezy Brudzewskiego, podczas gdy na Zachodzie uważano prześladowanie „pogan i schizmatyków” za obowiązek rządu. Skutek równouprawnienia był cudowny; całe powiaty wyrzekały się Świdrygiełły. Dzięki temu sojuszowi z husytami można było ukończyć „wielką wojnę” (…).

Wygraliśmy więc „wielką wojnę” nie samym orężem. Wygraliśmy dzięki temu, żeśmy nie wyrzekając się ani katolicyzmu, ani nawet uprawianej jak najgorliwiej propagandy katolickiej, nie byli jednak wrogiem nikomu o to, że był innej wiary, husyckiej czy schizmatyckiej; dzięki temu, żeśmy na miejsce poddaństwa państwowego wstawili pojęcie obywatelstwa; żeśmy głosili zasadę, że nie społeczeństwo ma służyć tronowi, lecz tron społeczeństwu i pozyskaliśmy dla tej zasady ludy ościenne; dzięki temu, że burząc imperializm średniowieczny, podnieśliśmy sztandar równouprawnienia i wolnej decyzji narodów, bez względu na wyznanie. Każdy naród ma stanowić o sobie, o swej polityce, o wojnie i pokoju, nie pytając nikogo, bo nie ma nad wolą jego żadnej zwierzchności; jego stany są same zwierzchnością i posiadają moc rozstrzygającą. Dzisiejszym językiem nazywa się to prawem samostanowienia i suwerennością reprezentacji narodowej.

Prawa te przysługują nie pewnym tylko narodom lecz wszystkim; nie zawisły te prawa od żadnych warunków (np. od wyznania, a choćby od chrztu), ale należą się każdemu społeczeństwu zorganizowanemu państwowo (językiem średniowiecznym każdej „natio”) przez to samo, że ono istnieje, z samego przyrodzenia rzeczy. Można śmiało mówić o ustanowieniu przez Polaków prawa naturalnego.

Utworzyliśmy tedy nowe podstawy stosunku naszego do Europy, wzbogacając cywilizację łacińską nową teorią stosunków międzynarodowych i dobra powszechnego. Należałoby ją zwać teorią Pawła Brudzewskiego, gdyż on niewątpliwie jej ojcem. I rośliśmy odtąd stale, dopóki pozostaliśmy wierni teorii Brudzewskiego.

Można by określić powyższe wywody jako „teorię Grunwaldu”, którą podano tu w najogólniejszym szkicu, gdyż wyjaśnia jaką olbrzymią praktyczną doniosłość posiada teoria w sprawach wielkich, a wykazuje jakie pojęcia przyczyniły się do wygrania „wielkiej wojny”. Logos utorował drogę Ethosowi (…) (t. II, s. 66-77).

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s