Feliks Koneczny, Polskie Logos a Ethos (część druga)

Po ogólnych uwagach na temat polityki Koneczny przeszedł do oceny polskiej zdatności politycznej: Historia polska jest obok angielskiej najbardziej ewolucyjną, a cechę tę dochowała do drugiej połowy XVII wieku (mniej więcej do czasu odsieczy wiedeńskiej), po czym ewolucja historyczna wstrzymana została, ustępując pola coraz bardziej bierności politycznej, którą zrzucił z narodu dopiero Sejm Wielki (…).

 

Polityka jako sztuka wykonywania zamiarów dotyczących ogółu widoczna jest już w celowym postępowaniu Mieszka I. Od czasu sporu ś-go Stanisława z Bolesławem Śmiałym społeczeństwo poczyna zgłaszać się do współpracownictwa politycznego, a już od połowy XIII w. zaczyna się w Polsce okres państwa wytworzonego przez społeczeństwo. Odtąd państwo zawsze na społeczeństwie się opierało, a jedyna próba narzucenia społeczeństwu ustroju państwowego nie wysnutego z ustroju społecznego (próba Jana Kazimierza po chyleniu „potopu”) spełzła na niczym.

 

Polityka polska była stale społeczno-państwową. Sprawa państwa związana była licznymi węzły z posiadaniem ziemi, bo w ustroju polskim łączyły się pług i miecz w jednym ręku (przez nadanie na „prawie żołnierskim”, a potem przez przymusowa służbę wojenną wszelkiego rodzaju właścicieli ziemskich w ustawodawstwie Kazimierza W.). Wszystkie kierunki polskiego życia zbiorowego były zawsze równocześnie społecznymi i państwowymi: dobre i złe, dodatnie prądy i ujemne, mieściły w sobie stale to i tamto. Po rozbiorach próby odzyskania niepodległości polegały na pewnych dążeniach społecznych zarazem.

Nie powstydzimy się sposobu, w jaki państwo stało się „szlacheckim” w okresie od końca XIV do końca XVI wieku. Przegląd tych zasadniczych aktów ustawodawczych społeczno-państwowych, które zwykliśmy nazywać „przywilejami szlacheckimi”, nie dostarcza zaiste powodu do najmniejszego zgorszenia.

 

Przywilej koszycki (1374) nie był niczym więcej, jak tylko zakończeniem dokonywującej się już od stu lat nowej organizacji społeczno-państwowej, a mianowicie dopełnieniem ustawodawczej pracy Kazimierza Wielkiego. Nie rozpoczyna bynajmniej nowego okresu w dziejach państwa, lecz raczej kończy okres poprzedni, kończąc walkę społeczeństwa o prawo wobec państwa, walkę rozpoczętą za Bolesława Śmiałego. Ustawa podatkowa, a tym jest ów przywilej przede wszystkim, była prostym wypełnieniem braku dotkliwego w ustawodawstwie (…).

 

Przywilej czerwiński 1422 r. zawiera płatność podatku w gotówce, a nie w naturze; bardzo rozsądne żądanie, skoro obrót pieniężny wzmógł się dostatecznie. Żądani dalej, żeby nie konfiskować nikomu majątku inaczej, jak tylko za wyrokiem sądowym; również wielce sprawiedliwa myśl. Żądanie trzecie, żeby nie można było być w jednej osobie i sędzią ziemskim i starostą grodowym, świadczy bardzo zaszczytnie o tym pokoleniu. Oddzielenie sądownictwa od administracji jest fundamentem sprawiedliwości, a zatem przywilej ten cały stanowi postęp dobroczynny w rozwoju prawa polskiego (…).

 

W następnym roku 1423 zjazd dostojników całego państwa w Warcie zajmował się prawem spadkowym, opieką nad małoletnimi i nadzorem ksiąg sądowych. Nie domagała się tedy szlachta wówczas żadnych szczególnych praw stanowych dla swej samolubnej korzyści, ale wywalczyła sobie tylko stopniowo prawa, które my dziś uważamy za całkiem naturalne, takie, bez jakich nie umiemy sobie dzisiaj wyobrazić porządków państwowych. Nie żądała szlachta ta dla siebie przywilejów w dzisiejszym znaczeniu tego wyrazu. Należy ostrzec każdego, komu się o tych „przywilejach” opowiada, że w dawniejszych wiekach wyraz „privilegium” znaczy po prostu tyle, co dzisiaj „ustawa”.

 

Przywilej jedlneński 1430 r. stanowi dalsze poważne udoskonalenie polskiego prawa sądowego, stanowiąc, żeby król sądził tylko w najwyższej instancji, ażeby nie rozsyłał od siebie „justycjonariuszów” po kraju bezpośrednio. Obwieszczając zaś zasadę „neminem captivabimus, nisi iure victum”, zapisuje się tym samym w historii jako wielka zasługa cywilizacyjna w ogóle; czyż zasada, że więzionym być można tylko na podstawie wyroku sądowego, nie jest fundamentem cywilizacji? Zakaz, żeby król nie mógł bić monety bez zezwolenia dostojników państwowych, zmierza do wprowadzenia porządku w stosunki monetarne (…). Cóż innego zarzucimy temu „przywilejowi”? Czy dopatrzymy się niewłaściwości w postanowieniu, by także mieszczenie płacili poradlne ze swych gruntów położonych za murami miejskimi? Czy może weźmiemy szlachcie za złe, że żądała zrównania w prawach wszystkich ziem polskich? Na tym bowiem koniec jedlneńskiego przywileju. My dzisiaj zażądalibyśmy zapewne natychmiast wszystkich tych „przywilejów szlacheckich”, gdyby one nie stanowiły w naszej umysłowości czegoś, co się już rozumie samo prze się (…).

 

Ludzka to rzecz, że w najlepszych dążeniach znajdą się zawsze strony słabe; nigdy nic nie jest zupełnie dobrym, czyli doskonałym. Od czerwińskiego poczynając, były owe „przywileje” wielce chwalebne, ale niebezpiecznym był sposób, w jaki je otrzymywano. Narady obozowe musiały rozluźniać karność wojskową, a zamieniając wojsko na jakiś olbrzymi sejmik, mogły się łatwo wyrodzić w plagę i klątwę wypraw wojennych. Toteż najpilniejszą sprawą dalszego rozwoju państwa polskiego było, żeby szlachcie dać jakąś instytucję prawną do obrad w imieniu wszystkich ziem polskich, z prawem inicjatywy, żeby nie radzili po obozach nad sprawami publicznymi. Jak najbardziej naturalny rozwój prawa polskiego musiał zmierzać do… sejmowania (…).

 

Wytworzyło się tedy sejmowanie polskie ewolucyjnie [od sejmików, poprzez sejmy prowincjonalne, wielkopolski i małopolski, do sejmu walnego i uchwały nihil novi, stanowiącej, że do ważności jakiejkolwiek nowej uchwały trzeba odtąd, żeby się na nią zgodził król, zjazd dostojników podczas sejmu odbyty (senat) i posłowie sejmowi bez jakiejkolwiek myśli o uprzywilejowaniu jednego stanu kosztem innych. Miasta królewskie miały prawo uczestnictwa w sejmie, lecz same się od tego wypraszały, nie chciały wyprawiać od siebie posłów, bojąc się, że to mogłoby poderwać ich samorząd i narazić mieszczaństwo na… podwyższenie podatków; woleli więc obchodzić z daleka miejsce, gdzie podatki się uchwalało. Z własnej woli mieszczaństwa sejm walny stał się korporacją wyłącznie szlachecką.

 

Nie znajdzie nikt niczego zdrożnego na całej drodze, na której państwo polskie stało się w XV wieku szlacheckim, a potem działała bezwładność. Widocznie więc zabrakło sił innych, skoro bezwładność rozstrzygała. Nastały pokolenia nie wytwarzające nowych sił społecznych w ilości dostatecznej. Siły nowe mogły były wyjść tylko spoza szlachty, a więc w pierwszej linii z mieszczaństwa.

 

W wieku XVI ogólny bilans siły społecznej wypada znakomicie. Wszak powstaje piśmiennictwo, w którym mieszczaństwo bierze udział na równi ze szlachtą; kwitną nauki, w których rozwoju mieszczaństwo zajmuje stanowisko przodujące; pojawia się szereg innowacji w zarządzie państwa, z których możemy być prawdziwie dumni (podatek progresywny, rozdział skarbu „stołowego” królewskiego od państwowego publicznego, utwierdzenie odziedziczonej po wieku XV zasady wolnego handlu itd.); wreszcie coraz znaczniejsze społeczno-polityczne oddziaływanie na ościennych – to wszystko nie mogłoby się było dziać, gdyby w społeczeństwie polskim nie nagromadziło się dużo siły społecznej. Olbrzymi był rozpęd tej siły, przekazanej przez wiek XV, a wiek XVI dodaje swój dorobek, i to wystarczyło, jakkolwiek sił całkiem nowych, tj. nowych źródeł sił nie przybyło. Z jednym wyjątkiem mieszczańskich uczonych i literatów, wszystko robi szlachta sama. Tak nie mogło być zawsze: twórczość społeczna, zbyt ograniczona, musiała się wyczerpać.

 

Udział szlachty w życiu narodowym zaczyna się od zawodu wojennego; udział mieszczaństwa od piśmiennictwa. Mieczem utorowała sobie szlachta drogę polityczną, okupiwszy prawa swe krwią własną; od intelektu zaczyna tę samą drogę mieszczaństwo. Według wszelkiego prawdopodobieństwa byłoby się doszło tą drogą, tak różną do tych samych rezultatów narodowych, a może nawet droga od intelektu byłaby krótszą, ale przyczyny zewnętrzne wywołały upadek miast i zasypały nowe źródło siły społeczno-państwowej, zanim ewolucja dalsza zdołała je rozszerzyć należycie. Szlachta popełniła błędów niemało, potem wyrodziła się nawet w sobkostwie stanowym, ale przyczyną wszystkiego złego było to, że stała się jedyną siłą społeczno-państwową w Polsce. Ta „jedyność” zgubiła ją i wszystkich innych, zgubiła Polskę całą.

 

Wynik byłby taki sam, gdyby „jedyność” była przy mieszczaństwie; nie o to bowiem chodzi, która warstwa posiądzie monopol sterowania państwem, ale o to, żeby takiego monopolu nie było. Rozróżnijmyż sprawę według jej cech istotnych: nie szlachta zgubiła Polskę, lecz monopol polityczny jako taki. Byłby jednako zgubnym, gdyby go zamiast szlachcie przyznać „chłopstwu”.

 

Powiedziano powyżej, że nie mamy powodu wstydzić się dróg, jakimi państwo polskie stało się „szlacheckim”. Śmiem twierdzić, że do sprowadzenia monopolu szlachetczyzny przyczyniła się w znacznej mierze… dobra wola tejże szlachty. W życiu prywatnym często się zdarza, że najlepsze zamiary, wykonywane niewłaściwie, podjęte niewcześnie, sprowadzają wyniki ujemne, a nawet szkodliwszymi stają się od złej woli. W życiu publicznym tym bardziej. O ileż bowiem łatwiej jest obronić się przed złą wolą, niż przed źle zorganizowaną wolą dobrą!

 

Polskie nobilitacje, służyć mające za nagrodę zasłudze, stanowiły prawdziwe nieszczęście Ojczyzny. A sięgały one aż do włościaństwa, na świadectwo najlepszej woli stanu szlacheckiego, przygarniającego do siebie wszystkich, miłujących „dobro pospolite”.

 

Jak mamy na to wyraźne świadectwa w głosach współczesnych, szlachta polska miała w XVI w., piękne i szlachetne mniemanie o istocie szlachectwa, mianowicie: że nie ma to być warstwa zamknięta w sobie, z godnością polegającą na przywileju ślepego trafu urodzenia, lecz że winna być zbiorem wszystkich lepszych, rozumniejszych i zdatniejszych osób, pochodzących pierwotnie ze wszystkich warstw. Sypały się też w XVI w. nobilitacje; kto odznaczył się czymkolwiek, zostawał szlachcicem. Niejeden z piechoty wybranieckiej dostąpił tego zaszczytu; zdarzały się nawet nobilitacje całych wsi od jednego razu. A z tego skutki fatalne: kto miał być pierwszym wśród kmieci, stawał się ostatnim wśród szlachty. Ci, którzy mieli być przodownikami swej warstwy, stawali się jej cudzymi; warstwa zaś, z której wyszli, pozostawała upośledzoną, jak przedtem. Zamiast dążności do równouprawnienia, wyrabiało się dążenie, żeby przejść do warstwy uprzywilejowanej (…).

 

Nobilitacja tak pojmowana była przeto błędem politycznym, gdyż sprowadzała następstwa przeciwne zamierzonym, i stała się przyczyną skutków ujemnych. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem źle zorganizowanej dobrej woli, a to z powodu przenoszenia żywcem teorii w praktykę: w tym wypadku teorii, jako szlachectwo obejmować ma wszystko, co szlachetne w społeczeństwie, ażeby zapewnić wpływy szlachetnym. Czyż można było wymyślić coś szlachetniejszego? I czyż to nie jest najzupełniejszą prawdą, jako szczęśliwym byłoby państwo, podległe wyłącznie wpływom obywateli szlachetnych, zorganizowanych do pracy publicznej? Taką to organizacją miała stać się szlachta polska, jak tego liczne są wskazówki w pisarzach złotego okresu piśmiennictwa. A tymczasem rzeczywistość zadała brutalnie kłam teorii, która nie uwzględniła zgoła warunków życia;  nie uwzględniła… tarcia.

 

Takie stosowanie teorii zowiemy doktrynerstwem. Teoria polska nobilitacji jest pierwszym, a niestety nie ostatnim przykładem polskiego doktrynerstwa. Geneza jego w tym, że się nie odróżniało stopniowania ilościowego w życiu zbiorowym. Kiedy chodziło o wysnucie prawideł dla życia publicznego, robiło się to na podstawie życia rodzinnego, które jest zbiorowym wprawdzie, lecz nie publicznym. Zestawienia takiego sporo można by przytoczyć przykładów, a zazwyczaj kwapiono się zarazem z wysnuwaniem wniosków do praktyki państwowej. Jeszcze częściej czerpało się argumentację polityczną z drugiego stopnia życia zbiorowego, a mianowicie z „majętności”, co także nie należało do kategorii życia publicznego. Nie zdawano sobie z tego sprawy, ani też tym mniej jeszcze z tego, że życie prywatne a publiczne bardzo niewiele mają ze sobą wspólnego co do ustroju. Zbiorowość publiczna – państwo, czy też cząstka państwa (województwo, powiat) – nie są bynajmniej powiększoną do olbrzymich rozmiarów „majętnością”, a cóż dopiero rodziną. Zachodzi tu różnica nie ilościowa, lecz jakościowa. Pomyłka ta zdarzała się nie tylko u nas, ale u nas wysnuto z teorii najwięcej praktycznych wniosków, i trzymano się ich uparcie. My byliśmy w cywilizacji łacińskiej największymi doktrynerami (…).

 

Oczywiście, że doktrynerstwo polityczne osłabia zdatność polityczną, a podcina korzenie twórczości politycznej. Żadną miarą nie można zaliczyć do objawów tej twórczości samych teorii, choćby najwspanialsze były. Polityka jest z królestwa Ethosu, a więc musi się legitymować praktyką, tj. czynną stroną życia publicznego.

 

Zdatność nasza polityczna wznosiła się do twórczości, póki nie owładnęło naszej umysłowości doktrynerstwo (s. 285-295).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s