Józef Olszewski, Biurokracja (część trzecia)

Olszewski w Biurokracji udowadnia w dziesiątkach przykładów, że państwo jako gospodarz kompletnie się nie sprawdza. Przywołuje także m.in. zdanie H. Spencera, twierdzącego, że machina rządowa jest tam, gdzie idzie o interes gospodarczy ludności, powolna, głupia, rozrzutna i przedajna (s. 252). W podobny sposób pisze o wpływie biurokracji na budżet państwowy: Budżet państwowy, to organizm, na którym rak biurokracji pasożytuje, z każdym dniem coraz więcej, niszcząc wszelką żywotność gospodarczą i zdrowie finansowe na długi szereg lat ze szkodą racjonalnego rozwoju i postępu gospodarczego (s. 279), zaznaczając przy okazji, że finanse żadnego państwa nie dadzą się do nieskończoności rozciągać (s. 281). Najciekawsze i najmocniejsze słowa padają jednak w podrozdziale omawiającym biurokrację fiskalną.

 

Olszewski zadaje fundamentalne pytanie: czy świadczenia, jakich doznają obywatele i ich związki od państwa w formie opieki i podpory prawnej ich usiłowań gospodarczych stoją w należytej proporcji do wysokości świadczeń, jakich nawzajem domaga się państwo od swoich obywateli, tudzież, czy sposób i forma domagania się i wymuszania w danym razie tych świadczeń, odpowiada celowi i powadze idei państwa, jako niezbędnej instytucji społecznej.

 

            Nikt nie zaprzeczy, że państwo ma prawo żądać od swoich obywateli fizycznych i moralnych ofiar tylko dlatego i tylko o tyle, o ile za świadczenia te udziela ze swej strony wzajemnych świadczeń i korzyści. Tylko w tym, a nie innym celu nastąpiło dobrowolne połączenie się jednostek w związek państwowy i tylko w tym celu zdecydowały się one na utratę swobody czynu, słowa, a nawet i myśli, aby w zamian za to, co państwu dawać muszą ze swych przyrodzonych praw, otrzymać równoważne korzyści.

 

            Ani materialnej równowagi nie widać niestety między tym, co obywatel dzisiejszych państw składa na ołtarzu idei państwowej, a tym co w zamian mu się daje, ani forma, w jakiej ta wymiana ofiar jednostki na dobrodziejstwa erarialne następuje, nie znajduje nigdzie uznania (…).

 

            Gdybyż przynajmniej w tym szukaniu środków do urzeczywistniania zadań państwowych po kieszeniach obywateli panowała zasada przezorności gospodarczej, która nakazuje obchodzić się oględnie i oszczędnie z siłami materialnymi źródła, z którego się czerpie soki żywotne dla utrzymania swego własnego organizmu, nie byłoby tak powszechnych narzekań na ucisk fiskalny, jakie dają się słyszeć we wszystkich niemal krajach. Takiej przezorności nie muszą uznawać dzisiejsze administracje skarbów państwowych, skoro pojęcie fiskalizmu nie tylko przestaje utrwalać się w teoretycznym i praktycznym traktowaniu spraw społecznych, ale owszem zyskuje z każdym dniem coraz szersze prawo obywatelstwa z tytułu swego wydatnego oddziaływania na byt i rozwój narodów.

 

            Błędy, jakie popełnia państwo w dziedzinie rozkładania ciężarów materialnych swojego bytu i swoich zadań na obywateli i przy pobieraniu środków tych z kieszeni swoich poddanych, to znów nic innego, jak skutek mylnego pojmowania celów państwa, fałszywego zrozumienia środków do osiągnięcia tych celów wiodących, błędnego urządzenia maszyny administrującej gospodarstwem skarbowym, jednym słowem to biurokracja skarbowości, która rodzi pokrewną sobie chorobę: „fiskalizm”.

 

            Nikt nie może zaprzeczyć, że państwo potrzebuje nieodzownie do swojej egzystencji środków materialnych w formie podatków, opłat skarbowych, monopolów itp. to jasne jak słońce. Spadają na nie z każdym dniem coraz trudniejsze zadania, które dają się spełnić tylko przy użyciu wydatnych środków materialnych. Administracja wszystkich gałęzi wymaga szeregu urzędników, to samo wymiar prawa, obrona granic: niedoskonałość ludzkich urządzeń wymaga opieki, pomocy, ochrony, która znów bez nakładów nie może być pomyślną. Państwo musi wspierać oświatę, sztuki piękne, urządzenia etyki społecznej, usiłowania gospodarcze, wszystko to wymaga pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

 

            Ludność opodatkowana spogląda tymczasem na gospodarstwo państwa uważnie i choć większa jej część, nawet w krajach konstytucyjnie rządzonych, bezbronną jest wobec pretensji skarbu do jej kieszeni, to jednak trudno przypuścić, aby nie czuła i nie umiała odróżnić dokładnie, które z wydatków czynionych przez rząd państwa przynieść mogą realną korzyść jego obywatelom, a które są tylko smutną konsekwencją fałszywie pojmowanej potęgi i powagi rządów, lub które są prostym następstwem błędów w organizacji urządzeń państwowych.

 

            Te same warunki zachodzą tak co do osobistych świadczeń obywateli na rzecz państwa w formie ograniczenia wolności obywatelskiej, lub w formie osobistych usług, jak i przy dostarczaniu materialnych ofiar. Mówi się zazwyczaj, że trudności na jakie napotykają administracje skarbów państwowych przy pociąganiu ludności do ofiar na rzecz państwa są całkiem naturalnym objawem, bo w naturze człowieka leży dążność do uchylania się ile możności od wszelkich ofiar, szczególniej jeżeli one nie dają bezpośredniej, zaraz widocznej korzyści. Jest to zupełnie słuszne zapatrywanie i nie można nic przeciw tej argumentacji zarzucić, lecz właśnie to zastrzeżenie odczuwania bezpośrednich korzyści mieści w sobie wytłumaczenie oporu, na jaki napotyka państwo przy ściąganiu ofiar podatkowych. Dlaczego człowiek nie waha się rzucać kosztownego nasienia zboża w rolę, choć wie, że na razie będzie ono dla niego stracone i choć nieraz warunki gospodarcze grożą mu ciężkim przednówkiem, bo wie, że chwilowa ofiara i wyrzeczenie się tymczasowych potrzeb przyniesie mu w przyszłości obfity plon, w którym mieścić się będzie wartość zrobionego wkładu i odpowiedni naddatek. Otóż tych samych rezultatów oczekuje obywatel od gospodarstwa skarbu państwowego, w którego rolę rzucać musi nieraz cały zasób środków swojej egzystencji, zraszając ją krwawym potem swojej ciężkiej pracy. Skoro jednak widzi, że znaczna część jego ofiar, nie tylko nie przynosi oczekiwanej korzyści, lecz służy na utrzymywanie urządzeń, których organizacja i sposób funkcjonowania wstrzymuje naturalny bieg interesów społecznych, wywołuje niepotrzebne starcia i opóźnia samodzielny rozwój dobrobytu, wówczas niech mu się nikt nie dziwi, że obowiązki materialne wobec państwa traktuje jako wojenny haracz, broniąc się od uiszczenia go wszelkimi moralnymi, a nawet niemoralnymi środkami.

 

            Stąd łatwo wyprowadzić się daje powołanie państwa do ścisłego przestrzegania, aby sumę nieproduktywnych wydatków doprowadzić do jak najmniejszego rozmiaru i do utrzymania ciężarów podatkowych w tych granicach, w których ludność widzieć będzie zupełne ich uzasadnienie i nie znajdzie wymówki do ich uiszczania. Da się to uskutecznić tylko przez usunięcie systemu biurokratycznego, który pożera miliony, dając w zamian ludności kosztowną, skrzypiącą maszynę, wymagającą ciągłych uzupełnień, ciągłych poprawek, krępująca stosunki prywatne i publiczne w sposób zupełnie sprzeczny z zadaniami państwa i jego szczytnej idei (…).

 

              Jeżeli (…) obywatel państwa spostrzega, że fałszywa praktyka gospodarstwa państwowego niszczy podstawę jego zarobkowego warsztatu, że państwo nie zadowala się pewną częścią nadwyżki dochodów swoich poddanych, lecz trzyma się zasady: „wszystko, co kto zarobi w moim związku należy bezpowrotnie do mnie…” – lub jeżeli biorąc lwią część owoców pracy obywatela, zostawia mu tylko małą cząstkę w formie żebraczej jałmużny, to postępowania takiego nie można nazwać inaczej, jak niemoralnym i nierozumnym wypaczeniem wytycznych zadań społecznych państwa, które pod obłudną pokrywką dobroczynnej opieki, dopuszcza się wstrętnego wyzysku i formalnego rabunku na kieszeniach swoich własnych poddanych.

 

Czytaj dalej „Józef Olszewski, Biurokracja (część trzecia)”

Reklamy