E. Muller, Błędy gospodarki polskiej

Jeszcze jeden kwiatek z przedwojennej literatury ekonomicznej dotyczącej Polski. Nie tak dawno wpadła mi w ręce książka zatytułowana „Błędy gospodarki polskiej”. Tytuł intrygujący, ale cała reszta to prawdziwe kuriozum. Publikacja została wydana pod fałszywym nazwiskiem dra E. Mullera. Książkę przetłumaczył niby M. Iwanowski, który poprzedził ją przedmową, pisząc: Przypadkowo udało mi się zrobić odkrycie: spotkałem obcokrajowca, który, świetnie znając stosunki polskie, skreślił książkę o polskiej gospodarce i szykuje ja do druku. Więcej powiem, – udało mi się uprosić jego, aby ze względu na ważność momentu i sytuację, zechciał zezwolić mi przetłumaczyć i ogłosić drukiem w języku polskim jego pracę już z rękopisu, który, zdaniem autora, musi być jeszcze nieco wyszlifowany. Trafność sądu, siła argumentacji, jasność myśli, zręczne podejście do tematu, lojalna szczypta sarkazmu, spokój i obiektywność – oto główne cechy tej pracy. Niech wszyscy, komu drogą na sercu jest Polska, przeczytają tę pracę i przemyślą tezy tam zawarte, niech wytworzy się w kraju jednolita opinia, która spowoduje czyn (str. 7). Dodatkowo wydanie drugie uzupełnione książki wyszło we Lwowie w 1936 r. nakładem Wydawcy Jadwigi Międzybłockiej, poczta Kosakowo, powiat Morski. Autor książki, Stanisław Andrzejowski (nic mi o nim nie udało się dowiedzieć) musiał mieć chyba istotne powody na taką mistyfikację.

 

Bardzo interesujące słowa można odnaleźć już we wstępie autora, który twierdzi, iż charakter narodu polskiego jest skomplikowany i nie daje się nigdy naprzód ustalić wypadkowej wszystkich sił tego charakteru oraz zgadnąć, jaki też będzie czyn. Większość błędów polityki narodu polskiego w przeważnej części pochodzi z powyższego źródła (str. 9). Uważając, że wszystko zależy od kierowników nawy państwowej, a znowu kierownicy ci są przecież krew z krwi, kość z kości swego narodu…, wszystkie wady i przywary narodowe są także w tych ludziach, wymienia te zgubne cechy narodowe: Głównymi wadami, które ciężko zaważyły nad rozwojem i nad znaczeniem [Polski] są: niewytrwałość w dochodzeniu do celu, chaotyczność w zamierzeniach, lekkomyślność i próżność. Przytoczę tutaj kilka przysłów polskich: „jakoś to będzie”, „zastaw się, a postaw się”. Łatwo wpadając w radosny zachwyt (…) w wypadku nawet niewielkiej zdobyczy, Polak znowu łatwo wpada w rozpacz i apatię, gdy napotyka przeszkody na swej drodze. Ta nerwowość i niestałość w twierdzeniach, brak jednolitej opinii publicznej, skrajny indywidualizm, brak szacunku i lojalności względem innych ugrupowań politycznych, podejrzliwość, łatwość zarzucania złej woli interlokutorowi, – to ujemne cechy wtórne (str. 9-10). No, można te słowa dedykować dzisiejszym politykom!

 

 

Autor „Błędów gospodarki polskiej” dowodząc zależności „gospodarstwa społecznego” od polityki, opisuje słabość władz państwowych i zgubny wpływ tej słabości na społeczeństwo: A z jakim bagażem politycznym przyszli po Wielkiej Wojnie przywódcy partii politycznych? Wzajemne osobiste animozje, kłótnie o taktykę w polityce, różnice programowe minimalne, ale właśnie tym bardziej bronione, podejrzliwość, ta cecha narodowa, brak poczucia dobroczynnych skutków wielkich jednomyślnych organizacji – wszystkie te czynniki nie usposabiały do jednolitej i poważnej pracy nad założeniem i utrwaleniem nowej państwowości. Kilkanaście organizacji czy partii politycznych wytworzyło stałą potrzebę licytacji politycznych (…). Sejmowładztwo w kraju analfabetów, paplanina, obchody, jubileusze, stała chwalba z racji wykonania byle drobnej roboty – otumaniły opinię publiczną, rozpyliły ją, a mózg narodu stracił ster i kierunek w dalszej swej drodze (str. 14-15).

 

Barwnie przy tym kreśli portrety działaczy państwowych, przedstawiając ich liche kompetencje i chybione poczynania: Był swego czasu pewien minister zdrowia, który działając w dobrej wierze, a życząc jak najlepiej ludności, wydał zarządzenie, aby we fryzjerniach na całym obszarze Rzeczypospolitej Polskiej, była wszędzie bieżąca woda i dodał jeszcze do tego masę innych groźnych wymogów o higienie, zapominając jednak, że z 603 miast polskich tylko kilkanaście ma jakie takie wodociągi i tam tylko można by z wielkim nakładem pieniędzy mieć we fryzjerniach bieżącą wodę (…). Inny minister, człowiek nadzwyczaj szlachetny i ideowy (…) krewniak premiera W. Grabskiego otrzymał tekę ministra przemysłu i handlu, jedną z najważniejszych i najtrudniejszych. Podczas konferencji w sprawie elektryfikacji Polski wypowiedział się przeciw elektryfikacji, uzasadniając swój sprzeciw tym, że robotnicy na kopalniach węgla byliby pozbawieni pracy (…). B. premier, prof. archeologii (…), człowiek zacny, ale miękki, będąc jeszcze ministrem reform rolnych, naobiecywał wiele Kaszubom, którzy ucierpieli z powodu posuchy, ale nie był w stanie tego wykonać. Toteż zorientowani Kaszubi, niewiele myśląc, zaczęli zwracać się do wodza Hitlera o pomoc materialną, wskazując na biedę, którą obecnie znoszą (…). Dużo też drogiego czasu u wielu ministrów uchodzi na reprezentacje, obchody jubileuszów rozmaitych artystów dramatycznych, pogrzeby, na inauguracje, otwarcie wystaw, przyjęcia w obcych poselstwach, rauty, poświęcenia rozmaitych gmachów, czy toru tramwajowego, przedłużonego o 300 metrów (…). Czytelnik zada pytanie, co też czynili ci panowie podczas urzędowania? A, no, biura prezydialne były od reżyserowania akcji: jeden z całkiem młodych, ale sprytnych kierowników takiego biura w przystępie dobrego humoru powiedział, że w chwili objęcia władzy przez kolejnego, jakiegoś trzynastego z rzędu ministra, on kierownik biura prezydialnego był początkowo w strachu, czy czasem tym razem nie przyszedł jaki energiczny i twardy człowiek, ale już po dwóch tygodniach kierownik mógł ministra „owinąć wokół palca!”. A robiło się to tak: ministra zasypywali stosami aktów i drobnymi sprawami oraz na niego nasyłali dziesiątki petentów z najbłahszymi sprawami. Minister, nie mając pojęcia o technice pracy biurowej i nie znając historii większych zagadnień, po swoim wielce obiecującym przemówieniu w dzień objęcia władzy, przekonywał się, że portfel ministra jest przewiązany cierniem i że nie tak jest łatwo ulepszać to, co się jeszcze niedawno tak krytykowało (…) Straszną też plagą jest nacisk w Polsce na czynniki decydujące ze strony krewnych, powinowatych i przyjaciół w celu wyzyskania stosunków. Tak się już utarło, że w rozmowie potocznej o jakimś interesie przede wszystkim znajomi zapytują: „A czy ma Pan jaką protekcję, bo przecie bez niej u nas nie da się nic zrobić!” (str. 48-51).

 

Skądś my to już wszystko znamy? Prawda?

 

W „Błędach gospodarki polskiej” odnaleźć można kapitalne stronice na temat urzędników i biurokracji w Polsce międzywojennej. „Dr E. Mueller” zauważa, iż zmagania między czynnikiem parlamentarnym i rządowym, oraz chęć reglamentowania całego życia społecznego, przerzuciły większość elementów władzy w ręce biurokracji (str. 52). Przytacza przy tym opinie poselskie: aparat biurokratyczny, a nie Rada Ministrów, jest jedynym twórcą i organizatorem ustawodawstwa dekretowego. Biurokracja, która ma już w ręku kolosalną władzę wykonawczą i olbrzymi wpływ na wymiar sprawiedliwości, otrzymuje ponadto całą władzę ustawodawczą. Za płaszczykiem władzy dyktatury Prezydenta, za plecami wszechwładnego rządu, wyrasta rzeczywisty dyktator Rzeczypospolitej, polska biurokracja (str. 53), a także prasowe: Dziś dosłownie nie można w żadnym urzędzie załatwić niczego bez wypełnienia niezliczonych formularzy i arkuszy. Dziś urzędnik związany setką przepisów, sprzecznych z sobą i niejasnych, nie ma swobody decyzji, nie chce niczego sam we własnym zakresie załatwić, bo jakkolwiekby nie postąpił – i tak będzie źle. Dlatego akt „wędruje” do wyższej instancji, a stamtąd najczęściej do ministerstwa, gdzie odbywa się uroczysty pogrzeb w biurku pierwszego lepszego referenta. Referent ministerialny bowiem jest „zawalony” pismami od wszystkich władz prowincjonalnych, że gdyby nawet pracował 24 godzin na dobę, to i tak nie mógłby nawet połowy spraw załatwić. W dodatku każdy urząd co pewien czas dręczony jest dosłownie bezsensownymi ankietami, a jeżeli nadejdzie taka „praca statystyczna” wtedy wszystkie inne prace automatycznie idą w kąt. A „petent” niech czeka! (tamże).

 

Oto, jak charakteryzuje polską biurokrację jedno z przytaczanych w książce czasopism: „Marnie uposażony, a posiadający duży zakres władzy, której znaczenie podkreśla słabe uposażenie, w kraju urzędnik podlega nierównomiernemu działaniu czynników i wpływów zewnętrznych, choć utajonych w nim samym. Wobec kapitału krajowego, małego i średniego, krańcowo i dogmatycznie nieufny i niechętny, już jest mniej sztywny w kontakcie z wielkim kapitałem zagranicznym, który mu imponuje doborem wszelkich środków… Poważny odłam rządzącej klasy urzędniczej nie jest dostatecznie związany z tymi warstwami społecznymi, ani dopasowany do współczesnej sytuacji socjalno-gospodarczej… Urzędnik, zwłaszcza państwowy, nabiera przekonania, że jego czynność posiada znamiona misji dziejowej czy społecznej, na tle tradycji szlacheckich, tym łatwiej powstaje w jego umyśle sublimowany obraz „służby” przewyższającej rzekomo inne funkcje społeczne, przez co rodzi się jak gdyby nowo szlachecka idea wysokości, lub – mówiąc prościej – „mania wielkości”. Jeżeli urzędników publicznych przyrównać do pryzmatu, przez który obywatele spoglądają na świat (a spoglądać muszą), to pryzmat jest nudny i tandetnie wykonany, a promienie, które przez nie przechodzą, załamują się najfatalniej. Urzędnicy, stykający się codziennie z tzw. szeroką publicznością, reprezentujący władzę publiczną na każdym kroku i przy każdej okazji są niewątpliwie lepiej od swych zwierzchników i władz nadzorczych uzbrojeni w broń egzekutywy – egzekutywy wobec obywatela. Obywatel, mając do czynienia z tępym kancelistą-biurokratą, będąc uzależnionym od fantazji, ignorancji lub złej woli pana referenta, stykając się dzień w dzień z sadystami z kasy chorych, magistratu lub urzędu podatkowego, narażony na stratę czasu, pieniędzy i zdrowia, dzięki opieszałości, złośliwościom, fałszywym informacjom itp. szykanom ze strony niższego personelu urzędniczego – obywatel taki urabia sobie jak najgorszą opinię o gospodarce publicznej, staje się skamieniałym „antyetatystą”, a wszelką działalność czynnika publicznego sądzi na podstawie osobiście przeżytych faktów. Małemu urzędnikowi – a tych jest w Polsce legion – dano wielką władzę rządzenia własnym społeczeństwem. Czyż to nie wystarczy, aby „dyktatorom” przewróciło się w głowach?” (str. 54).

 

Autor „Błędów…” podaje przykłady setek rozporządzeń regulujących każdy skrawek życia w Polsce, by wymienić chociażby:
a) rozporządzenie (…) „o dozorze nad mlekiem i jego przetworami” na mocy którego trzeba by zamknąć wszystkie obory i obalić cały handel mlekiem w Polsce. Do badania tego mleka i przetworów jego od 5 milionów krów jest 27 fachowców w liczbie 48 urzędników (…). A nie trzeba zapominać, że ci fachowcy muszą jednocześnie badać wszelkie produkty spożywcze.
b) Wydano też cały szereg groźnych rozporządzeń o tępieniu szkodników roślinnych i zwierzęcych, ale nikt nie pomyślał nad tym, że przecież nędzarz-rolnik nie ma za co walczyć ze szkodnikami tymi. Zresztą te szkodliwe stworzenia nie tyle rolnictwu szkodzą, co szkodnictwo i głupota ludzka, jak to widać ze stanu faktycznego rolnictwa.
c) Aby nie psuto nawierzchni dróg bitych, wydano rozporządzenie o wysokości haceli w rozmaitych miesiącach [hacele – śruby wkręcane w zakończenia ramion podków końskich (przyp. własne)].
d) Podczas klęski w pszczelnictwie trzeba staczać z urzędnikami skarbowymi homeryckie boje o cukier.
e) Przepisy meldunkowe są tak uciążliwe, że po prostu ich nie wykonują itd.
Urzędy rozmieszczone bywają nie w zależności od warunków wewnętrznych i gęstości zaludnienia, a gdzie się da, co potem fatalnie odbija się na sprawności i funkcjonowaniu danego urzędu, na sile podatkowej ludności.
f) Jeden z referentów zadecydował wprowadzić normalizację dla fotografii i twarzy do legitymacji urzędniczych, co pociągnęło za sobą zbędny wydatek do 1 miliona złotych.
g) na targowiskach więcej nadzorujących, niż kupujących (…).
h) zbędne statystyki czy to wiewiórek w lesie, czy im podobne mają już ustaloną reputację.
i) Walka biurokracji z ludnością o jezioro Narocz na podstawie błędnie sporządzonego aktu hipotecznego itd. Itd.
A co mają robić urzędnicy, gdy na terenie jednego powiatu istnieje przeszło 150 urzędów, nie licząc szkół? Muszą sami wyszukiwać sobie zajęcie aby ich nie zredukowano (str. 56).

 

O opisach nadużyć, kradzieży mienia publicznego, łapownictwa już nawet nie wspominam. Pomijam również moralizatorskie wypowiedzi autora książki o tym, jak być powinno i jego recepty na poprawę przedstawianej sytuacji. Powtórzę tylko – skądś my to już wszystko znamy? Prawda?

 

Nie będę już cytował szczegółów, ale pragnę podkreślić, że autor książki podejmuje kwestie najbardziej istotne dla kształtu państwa i losów jego obywateli również z dzisiejszego punktu widzenia: problemy demografii, zagadnienia stopnia zatrudnienia ludności i bezrobocia, dochodu społecznego, budżetów i podatków, pieniądza, cen i kredytu, sytuacji przemysłu, rolnictwa, handlu, eksportu-importu, itp., itd. Zadziwia przede wszystkim to, iż tyle lat minęło, by nie powiedzieć okresów historycznych (II wojna światowa, tzw. „Polska Ludowa”, III Rzeczpospolita, eksperyment IV Rzeczpospolitej), a problemy obywatela żyjącego w państwie polskim pozostały chyba w głównej mierze niezmienne.

 

Na koniec kilka cytatów dotyczących zależności pomiędzy powodzeniem ekonomicznym obywateli a kondycją państwa: Za punkt wyjścia w ocenie położenia gospodarczego zawsze trzeba brać stosunek ciężarów publicznych do dochodu społecznego (str. 33); Jak nie można od chorego wymagać pracy, tak nie można nie liczyć się przy obciążeniu powojennego społeczeństwa podatkami ze stanem chorobowym (str. 36); Budżet państwa, którego gospodarstwo społeczne nie jest w dobrym stanie, nie może być nazwanym dobrym. Tylko harmonia i równoległość pomyślności publicznych i prywatnych gospodarstw gwarantują trwałą równowagę całego gospodarstwa społecznego oraz stałą równowagę budżetu państwa, gdyż budżet państwa nie jest niczym samoistnym, izolowanym – ale podobnie jak gospodarstwo państwa jest tylko składnikiem gospodarstwa społecznego, jego organiczną częścią, stoi na nim, żyje z niego – tak samo i budżet państwa, jego rozwój, zależne są od rozwoju tych wszystkich gospodarstw indywidualnych, prywatnych, które razem z gospodarstwem państwa składają się w danym kraju i w danej chwili na gospodarstwo narodowe (str. 42); Minister Skarbu wciąż pociesza, że budżet się wciąż poprawia i że wkrótce przyjdzie czas, kiedy budżet będzie bez deficytowym, tak jakby chodziło społeczeństwu o arytmetyczne zestawienie budżetu, a nie o całokształt gospodarki i o związanie dochodu społecznego z budżetami publicznymi w harmonijną całość. Obecnie budżet państwowy jest coraz lepszy, ale społeczeństwo zapada w coraz większą katastrofę gospodarczą! (str. 37).

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s